Portret dziewczyny z gliną. Szkliwione czarki i naczynia z duszą
Produkty lokalne, produkty ekologiczne, produkty regionalne, lokalni producenci, Wrocław, Dolny Śląsk
269
post-template-default,single,single-post,postid-269,single-format-standard,qode-social-login-1.1.3,stockholm-core-1.2.1,select-theme-ver-5.2.1,ajax_fade,page_not_loaded, vertical_menu_transparency vertical_menu_transparency_on,menu-animation-underline,side_area_uncovered,header_top_hide_on_mobile,wpb-js-composer js-comp-ver-6.1,vc_responsive

Portret dziewczyny z gliną. Szkliwione czarki i naczynia z duszą

Dlaczego fizjoterapeutka zajęła się lepieniem z gliny i co wychodzi spod jej rąk?

Przyjaciele się śmieją, że materia ludzka przestała mi wystarczać – opowiada Joanna Magyar, z zawodu terapeutka manualna. Spotykamy się w jej klimatycznej pracowni na Muchoborze Wielkim w zimny grudniowy poranek. W pięknej czarce koloru beżowego paruje ceremonialna zielona herbata z kwiatem dzikiej róży.

Ceramika Joanny zachwyciła nas już na zdjęciach, dlatego tu jesteśmy.

Ceramika. Zdjęcie Joanny

Dotyk przenosi energię

Zaraz po studiach Joanna pracowała jako terapeutka manualna w gabinecie, czasem też jeździła do pacjentów do domów. Mieszkała wtedy w Krakowie. – Ceramika sama do mnie przyszła – opowiada. – Pewnego wieczoru przechadzałam się po zasmogowanym Kazimierzu i zobaczyłam piękną szkołę kaligrafii. Stanęłam, żeby przyjrzeć się ludziom siedzącym tam w świetle, za przeszklonymi drzwiami, wydawali się tacy szczęśliwi. Zawsze miałam w sobie silną potrzebę tworzenia piękna– wspomina Joanna.

Pewnego dnia na tych samych drzwiach Joanna zobaczyła ogłoszenie o warsztatach ceramicznych i zgłosiła się od razu.

Ceramika Joanny

Kiedy pytamy, jak wspomina swój pierwszy kontakt z twórczością ceramiczną, zaczyna szukać czegoś w kącie za regałem. – O, jest! Moja pierwsza miseczka. Ma podłużne linie wokół, bo na początku właśnie tak się lepi, z wałeczków, które się wyrabia, rozwałkowuje i potem ze sobą skleja. Porównałabym to do lepienia ciasta – opowiada. Podłużne linie przypominają o łączeniach. Ale miseczka jest równa i całkiem miła.

– Mam do niej sentyment, choć teraz widzę, jak jest niedoskonała. Od pierwszego wszystko mi wychodziło i czułam, że właśnie to chcę robić. Myślę, że to właśnie chęć nowego i uwielbienie dzielenia się przyjemnością spowodowała, że zajęłam się ceramiką – mówi Joanna i dodaje, że lepienie z gliny można porównać do terapii manualnej: w obu przypadkach potrzebne jest wyczucie, precyzja i moc w dłoniach. Wie o tym każdy, kto wziął choć raz raz do ręki kilka kilogramów gliny, próbował je wyrobić i zapanować nad takim materiałem na kole.

Oglądamy prace Joanny i koniecznie musimy dodać, że w obu zawodach można robić coś dobrego dla drugiego człowieka.

Dziewczyna z kartonami

Pierwsze zamówienia pojawiają się praktycznie od razu. Debiutanckie, czasem jeszcze nierówne, ale już urzekające kubki, czarki, filiżanki i miseczki robione przez Joannę zamawiają jej znajomi i znajomi znajomych. Zainteresowani są też pacjenci, których nadal odwiedza w ich domach, a nawet kierowcy ubera, którzy wożą dziewczynę z kartonami– całą brudną od gliny – do miejsca, w którym wypala swoją ceramikę (we własny specjalistyczny piec Joanna zainwestuje dopiero po kilku latach).

Porozkładane gazety, kawałki gliny, dużo pyłu, i suszące się w każdym wolnym miejscu świeżo ulepione naczynia – tak wygląda teraz jej krakowskie mieszkanie. Suszące się w domu prace są bardzo kruche – w taksówce nieraz się tłuką, daleko im jeszcze do wieczności.

Ceramika. Zdjęcie Joanny

– Moja przyjaciółka z Zakopanego lubiła tkać, ale zawodowo podobnie jak ja zajmowała się wtedy czymś zupełnie innym. Dopingowałyśmy się nawzajem: no to róbmy to, róbmy to.

I tak powstała „Róbmy to. Ceramika”. Koleżanka przez trzy lata nie mogła zajmować się tkaniem – opowiada Joanna.

Obecnie Anna Seman znów mieszka w rodzinnym Zakopcu i tka. Prowadzi profil @annaroza_handmade gdzie pokazuje swoje prace. Z kolei Joanna wróciła do rodzinnego Wrocławia.

Pracownia otwarta i zaklęte pejzaże

Od kilku miesięcy w domu rodziców na Muchoborze Wielkim ma swoją pracownię ceramiczną – w piwnicy, z dużym oknem wychodzącym na piękny zielony ogród, a dalej ogródki działkowe i rzekę Ślęzę. Chce tutaj zrobić większe przeszklenie, na całą ścianę.

– Cholera jasna – czasem chciałoby się powiedzieć do kogoś, kiedy coś nie wyjdzie, a jestem tu sama. I w ogóle lubię z kimś porozmawiać. Myślę o tym, by zaprosić kogoś do współpracy. A przede wszystkim chcę, żeby moja pracownia była otwarta i każdy mógł tutaj przyjść, zajrzeć, porozmawiać czy posiedzieć w ogródku.

Warsztat Joanny

Joanna prowadzi też warsztaty z ceramiki w swojej pracowni i w szkołach. Pomaga jej mama, którą – jak mówi – aktywizowała zawodowo, robiąc jej prywatny domowy kurs z ceramiki.

Na półkach w pracowni stoją gotowe już prace – kubki z ręcznie malowanymi kwiatami i odciśniętymi kłosami z pobliskiej łąki, proste i eleganckie czarki – w kolorze nieba, piasku i ciepłej mgły, misy, miseczki, podstawki i talerze – barwy są stonowane, ale w każdym naczyniu można dostrzec coś wyjątkowego – gładką taflę jeziora, zamglony horyzont, bezchmurne niebo, łąkę pokrytą rosą, jasne skały nad brzegiem morza czy leniwie płynącą rzekę. – Szkliwa przypominają mi zarejestrowane obrazy, a obrazy – szkliwa – mówi Joanna, biorąc do ręki cztery miseczki włożone jedna w drugą. – Staram się, aby naczynia były jak najbardziej podobne żeby były jak najbardziej funkcjonalne przy większych kompletach.

Ale nie używa form gipsowych. Każdy przedmiot wychodzący z jej rąk to unikat.

Czułe podejście

W pracowni jest chłodno, ale przytulnie, piec garncarski pracuje non stop, pod oknem stoi koło garncarskie, a nad nim żarówka dające mocne jasne światło do pracy. Na stole narzędzia, ostrza, pędzelki, kawałki wyrobionej gliny i surowe jeszcze naczynia po tzw. pierwszym suszeniu. Grafika i sucha igła od przyjaciółki z ASP – Katarzyny Roman, palące się świeczki.

Pracownia Joanny

Herbata w beżowej czarce smakuje naprawdę wyjątkowo i myślę sobie, że koniecznie muszę mieć takie naczynie w domu, a najlepiej kilka – ceramika pięknie wygląda razem, cztery takie same naczynia na stole sprawią, że dom nabierze wyjątkowego charakteru. Takie detale dają mnóstwo radości i sprawiają, że życie smakuje zupełnie inaczej.

Joanna daje mi do ręki kawałek wyrobionej gliny, jest miękki jak plastelina. – Kiedy bierzemy duży kawał gliny, na przykład trzykilogramową kulę, to już nie jest tak lekko go wyrobić, a potem uformować – wyjaśnia. – Trudniej zrobić na przykład umywalkę. Miałam już takie zamówienie, zrobiłam jedną i jest z użyciu. Na wannę zamówienia jeszcze nie było, ale kto wie.

Ludzie zamawiają głównie naczynia, choć są też zamówienia mniej typowe, na przykład na urnę.

Przypomina mi się fragment książki Olgi Tokarczuk „Anna Inn w grobowcach świata”:

 

Zapisuję wszystko w glinie. Woda jej nie rozpuści, ogień nie spali, wiatr nie zliże tych znaków. Nawet gdy spłonie papier, suche piaski pustyni przechowają każde moje słowo

 

Ostatnio Joanna robiła jednej pani urnę dla jej ukochanego psa – to było chyba najbardziej nietypowe z zamówień – w jej oczach dostrzegam ciepłe zrozumienie.

Wir w głowie

Nie mogła spać – pierwszej nocy po dotknięciu koła. To było pół roku temu w czerwcu, kiedy na warsztatach pierwszy raz mogła usiąść przy kole garncarskim i toczyć. – To sztuka zapanować nad materiałem. Mój nauczyciel Jurek Szczepkowski powtarza, że glina ma być tancerką, którą prowadzi się w tańcu, nie odwrotnie.

Wieczorem Joanna położyła się i nadal czuła w głowie ten wir. – Byłam jak małe zadziwione dziecko, które uczy dopiero uczy się nowej umiejętności się i toruje swój układ nerwowy – opowiada, ustawiając dłonie jak do formowania.

Pracownia Joanny

Teraz stara się jak najwięcej prac robić już na kole. Właśnie produkuje misę, którą wcześniej zaprojektowała (wszystkie misy toczone na kole są wcześniej projektowane). Koło szumi niezbyt głośno. Ale po paru godzinach pracy ten dźwięk zostaje w głowie, dlatego drugim nieodłącznym urządzeniem w pracowni jest radio.

Joanna od początku do końca wszystko robi ręcznie, sama: projektuje, testuje, wypala i szkliwi.

– Najfajniejsze w tym wszystkim są momenty, kiedy biorę swoje przedmioty do ręki. Kiedy wyciągam je z pieca i już wiem, jak wyglądają, czasem pojawi się jakaś nieplanowana rysa, pęknięcie czy artystycznie wyglądający zaciek, takie zaskoczenie, które bywa też pozytywne – mówi trochę rzemieślniczka, a trochę artystka.

Unikalność w codzienności

Stawiam sobie na biurku espresso w maleńkiej niebieskiej czarce i już wiem, że piękna ceramika potrafi pogodzić coś, co z pozoru wydaje się nie do pogodzenia. Joanna widzi w swoich pracach właśnie takie „nieustające drganie przeciwieństw”: błysk i mat, ciepłe światło i chłód cienia, napięcie i rozluźnienie, gładkość i chropowatość, ruch i spoczynek.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez myslceramika (@myslceramika)

„Myśl ceramika” – to jej nowy po „Róbmy to” projekt i pomysł na rzemiosło jeszcze mocniej powiązane ze sztuką. W nowej marce najważniejsze jest to, że wszystkie naczynia są tworzone przez nią wedle projektu, który wcześniej wykonała. Jej nowa, jasna kolekcja to czarki z nakrapianej gliny, pokrytej białym szkliwem, która po wypale wygląda jak oprószona makiem, a także złote naczynia, przypominające tybetańskie misy, oraz kubki ze złotymi łatkami. A także moje ulubione – błękity.

Joanna kieruje twarz w stronę okna: – Uciekam w błękit, kiedy za oknem władzę przejmują wszystkie odcienie szarości. Choć na chwilę. Gdybym mieszkała nad morzem, nie tworzyłabym ceramiki, tylko siedziałabym bezczynnie, bo na błękitny horyzont można patrzeć bez końca.

***

Więcej zdjęć i informacje o projektach Joanny znajdziecie na https://www.instagram.com/robmyto

Zamówienia można składać pod adresem: robmytoceramika@gmail.com.