Na uboczu trendów. Laboratorium kosmetyczne w leśnej głuszy
Produkty lokalne, produkty ekologiczne, produkty regionalne, lokalni producenci, Wrocław, Dolny Śląsk
2501
post-template-default,single,single-post,postid-2501,single-format-standard,qode-social-login-1.1.3,stockholm-core-1.2.1,select-theme-ver-5.2.1,ajax_fade,page_not_loaded, vertical_menu_transparency vertical_menu_transparency_on,menu-animation-underline,side_area_uncovered,header_top_hide_on_mobile,wpb-js-composer js-comp-ver-6.1,vc_responsive

Na uboczu trendów. Laboratorium kosmetyczne w leśnej głuszy

Na Wzgórzach Trzebnickich, na leśnej działce, gdzie sarny zjadają mirabelki ze starego drzewa, Katarzyna i Piotr robią naturalne kosmetyki Makutu – starają sie bazować na tym, co rośnie w pobliżu.

Makutu to po maorysku magia lub czarownik. Ale Katarzyny i Piotra nikt tutaj nie wyczarował.

W domu w Osoli – 32 km na północ od Wrocławia, na leśnej działce – nie pojawili się przypadkiem, podobnie jak pasja do tworzenia naturalnych kosmetyków nie wzięła im się nagle i znikąd.

Ryczka zamiast kiwi

– Snuliśmy plany, że zamieszkamy kiedyś w Nowej Zelandii, ale wybraliśmy to miejsce. Stary drewniany dom kupiła moja babcia tuż po wojnie, dla moich pradziadków.  Przez lata był wakacyjną ostoją dla całej naszej rodziny – mówi Katarzyna Majewska.

Piotr – ma w Makutu wiele funkcji – ale jako reasercher odkrył, że Osola to dawniej Ritschedorf – a ryczka to stołeczek pod nogi, co wskazuje, że była to kiedyś bardzo wypoczynkowa miejscowość.

Przed wojną dom był kawiarenką – udało się dotrzeć do przedwojennych rycin  – pozostało jeszcze okienko między kuchnią a dawną kawiarnianą werandą, przez które kiedyś podawano potrawy.

Laboratorium Makutu w Osoli koło Obornik Śląskich. fot. Dolnośląski Warsztat

Jabłka na koksie

Dom oplata przedwojenna jeszcze winorośl, a jego największą ozdobą jest równie stara, pokręcona już jabłoń. – To dawna odmiana jabłoni – koksa. Owocuje co dwa lata, ale wciąż rodzi te same, najlepsze jabłka, jakie kiedykolwiek w życiu jadłam – mówi Katarzyna.

Nieopodal rośnie też mirabela, której gałęzie częściowo wystają poza ogrodzenie. – Odkąd pamiętam znaczną część owoców zjadają pasące się tutaj sarny. Z kolei winogronami, o ciemnej skórce, dzielimy się z kosami i sikorami. 

Piotr na spacerze po okolicy. Fot. Makutu

W tym miejscu na świecie Katarzyna i Piotr postanowili robić swoje autorskie kosmetyki – ekstrakty z tego, co rośnie w pobliżu –  liści dawnej odmiany jabłoni, skórek winogron z winorośli, które są z nimi od zawsze, czy ziół i owoców zbieranych w ogrodzie i lesie.

Swoją działalność nazwali kuchnią kosmetyczną. Także dlatego, że ich pierwsza pracownia była we Wrocławiu – w kuchni dawnego mieszkania przerobionego na pracownię. Jednak  mieszkali już wtedy w Osoli i po kilku latach działalności udało im się otworzyć laboratorium przy ich leśnym domu. Stawiają na odnawialne źródła energii. Sami  ekologicznie oczyszczają też wodę, którą zużyli przy procesie produkcji kosmetyków i po niewielkim oczyszczaniu –  bo u nich nie ma przecież żadnej wielkiej chemii  – woda jest rozprowadzana po ich ogrodzie.  – Oddajemy ziemi to, co wzięliśmy – mówią.

Przetacznik, pokrzywa, mięta, nagietek, jarzębina – słoiki z surowcami do produkcji kosmetyków. Fot. Dolnośląski Warsztat

Tonik na niechciane piegi

Katarzyna z zamiłowania jest zielarką. Z rodziną zawsze spędzali czas wolny w ogrodzie, na łące, w lesie –  już wtedy zbierała zioła i robiła zielniki z opisami. – W szkole podstawowej zrobiłam sobie tonik z ogórka, wybielający piegi, których wtedy nikt nie chciał mieć. To był mój pierwszy własny kosmetyk. Z czasem moja świadomość rosła, szkoła podstawowa i  średnia to było robienie naparów,  pierwszych kremów , płukanek do włosów czy różnych mieszanek ziołowych.

By robić kremy, skończyła odpowiednie szkoły. Z wykształcenia jest chemiczką. Spędziła 20 lat w przemyśle chemiczno-medycznym. Zajmowała się chemią  diagnostyczną, hematologią,   odczynnikami histopatologicznymi. W Makutu o chemii przemysłowej  w kosmetykach jednak nie ma mowy.

Śluz latynoskiego ślimaka a dolnośląski ogródek. Rozmowa z Katarzyną Majewską

Katarzyna Majewska w laboratorium w Osoli. Fot. Dolnośląski Warsztat

Marzena Żuchowicz: Dlaczego chemiczce przeszkadzała chemia w kosmetykach? 

Katarzyna Majewska: – Chemia jest wszędzie, w naturze też! To nauka opisująca schematy działania przyrody. Tę chemię kocham, stosujemy ja codziennie  – bez niej nie da się zrobić herbaty i na pewno żadnego kosmetyku. Nie jest to jednak to, co  rozumiemy jako chemię przemysłową – wielki przemysł produkujący substancje syntetyczne, na bazie których zbudowany jest cały przemysł kosmetyczny. Kosmetyki przemysłowe odstraszają mnie na dzień dobry zapachem i konsystencją. Mam dużą wrażliwość zapachową, od razu wyczuwam związki, które nie występują w naturze. Przykładem jest zapach truskawki – to w naturze jeden z najbardziej złożonych zapachów – tworzą go 273 różne substancje zapachowe, głównie estry. Ale w chemii kosmetycznej zrobią tę truskawkę z 5-6 estrów. Mnie ta niepełność przeszkadza.

W moim przypadku substancje zapachowe są też pierwszymi alergenami, to głównie stąd biorą się uczulenia i ja też musiałam się zmagać z nieprzyjemnymi sytuacjami na skórze. Mam skórę wrażliwą na składniki barwiące i zapachowe, wielowęglowe alkohole pochodzące z ropy naftowej, dużą ilość sufraktantów czy poliglikole. 

Nie potrzebujemy dużych stężeń środków myjących, by one działały, ani dużej ilości kolorowych kremów. Można zrobić kosmetyk nie używając olejów parafinowych czy emulgatorów, które nie służą naszej skórze.

Katarzyna Majewska przy pracy. Fot. Dolnośląski Warsztat

A co jej służy?

– Wystarczy, że codzienną pielęgnacją nie będziemy skórze przeszkadzać w jej funkcjonowaniu. Ważne, by umieć dobrze zadbać o prawidłowe, fizjologiczne pH. Skóra to nasz największy organ.  Wszyscy ludzie, którzy zajmują się kosmetyką potwierdzą, że 90 proc. wyglądu naszej skóry to dobra dieta, dobry sen. Na pozostałe 10-15 proc. możemy wpłynąć kosmetykami.

Powinniśmy też chronić skórę przed zbytnim nasłonecznieniem, wiatrem czy chłodem. Do tego potrzebne są nam odpowiednie filtry UV i dobrze skomponowane kremy odżywcze, które chronią przed niekorzystnymi czynnikami atmosferycznymi.

Więc czego tak naprawdę skóra potrzebuje?

– Czynników aktywnych pozyskanych ze zdrowych ziół, hydrolatów, dobrych nierafinowanych olejów. Mój ulubiony to olej lniany i olej makowy. Bardzo dobre składy mają tez też olej konopny i oleje z orzechów włoskich czy laskowych. Wybieram wyłącznie oleje ekologiczne – są znacznie droższe, bo taka plantacja jest mniej wydajna, ale jakość jest znacznie wyższa, nie ma w nich pestycydów, są odpowiednio tłoczone i czyste.

Laboratorium Makutu. Fot. Dolnośląski Warsztat

Cała kosmetyka – jak w modzie – to są trendy. Ostatnio na przykład wszyscy rozjaśniają i wybielają skórę za pomocą koreańskich preparatów albo rzucają się na żywicę ze świerka w Południowej Ameryce jako wyjątkowo ujędrniającą substancję. Nagle świat zwariował na punkcie śluzu ślimaka. I nikt nie pyta, po co sprowadzać z Ameryki Łacińskiej śluz biednego ślimaka?

Zupełnie niczego nie sprowadzacie z daleka?

Jednym ze składników, które sprowadzamy jest masło shea, dostępne tylko i wyłącznie w Afryce. Staramy się je kupować od firm ekologicznych, mając świadomość, że nie zawsze „eko” jest  eko. Nie kierujemy się nigdy ceną, a jakością i zasadami fair trade.

Dookoła nas rośnie dużo roślin, z których możemy wyciągać te same czynniki, co z półproduktów sprowadzanych z innych kontynentów. To np. młode liście jabłoni, kasztanowiec, olej z pestek dzikiej róży, dzika marchew, fiołek wonny. Zbieramy jagody, liście, owoce – to, co rośnie naturalnie na tych leśnych glebach. W skrzyniach z ziemią mamy swój przydomowy ogródek – jeżeli używamy mięty, to swojej, część winogron przerabiam na ekstrakty, podobnie jest z  jarzębiną i mirabelą z krzewu obok. Np. lawendę biorę od przyjaciół z Lawendowego Świata koło Obornik.

Manufaktura – ręczne naklejanie etykiet. Fot. Dolnośląski Warsztat

Kiedy zamawiam półprodukt np. z Ameryki Południowej, to nie mam pewności, jak został przygotowany, czym zakonserwowany, jak był przewożony, czy po drodze nie stracił swoich właściwości. Aby znaleźć odpowiedni substrat trzeba spędzić nad tym dużo czasu. Tutaj zbieram roślinę, idę z nią do laboratorium robię odpowiedni ekstrakt o znanym stężeniu, wiem, jakie ma składniki aktywne i że są aktywne!  Osobiście wolę mieć nad tym pieczę od początku do końca.

Makutu pozostanie kameralną manufakturą czy macie w planach rozwój?

– To nie jest wielka fabryka. 3 kg skórek z winogron wystarcza na zrobienie ekstraktów na rok. Ilości, które produkuję, są niewielkie, ale też nigdy nie chcieliśmy produkować tony kremów. Mniej znaczy lepiej. Robimy kremy indywidulane, dostosowane do odbiorców, bogate w składniki i skuteczne- to nie jest pomysł na linię fabryczną. Wszystko to kwestia akceptacji, ustawienia sobie priorytetów – my wielki biznes już kiedyś w swoim życiu robiliśmy. Teraz wolimy robić mniej i na własnych zasadach. Prosty skład i odpowiednie receptury, często dobierane indywidualnie. Mamy freaków, którzy to doceniają.

Kosmetyki Makutu. Fot. Makutu

Więcej o Makutu: Makutu | Facebook i na stronie: www.makutu.pl