Maliny z Doliny w listopadzie. Nawet Włóczykij by wrócił
W weekend wspominaliśmy lato w Sulisławicach, zrywając z krzaków może już ostatnie w tym roku maliny. W mglisty niedzielny poranek konfitura „Maliny z Doliny” przypomniała nam rześką i słodką treść wakacji.
Słońce częstuje nas promieniami przez śnieżnobiałą żakardową firankę. Teresa Grudzień ostrożnie kładzie maliny na sitku, gdy zanurza je w wodzie, na powierzchnię wypływają kawałki listków.
To wystarczy, maliny nie były niczym pryskane. Dziś Teresa udekoruje nimi urodzinowy tort dla córki, i zrobi jeszcze trochę soków na zimę. Na kartkach w kratkę oblicza proporcje – mąż radził, żeby wziąć kalkulator, ale tak jest najlepiej.

W tym czasie Paweł Grudzień krząta się po gospodarstwie – właśnie opracowuje nowy sposób nawadniania pola. – Tata pracował wcześniej na kolei, pamiętamy jeszcze legitymacje, dzięki którym mogliśmy całą rodziną wsiąść w pociąg i pojechać sobie na przykład nad morze. Dzisiaj tata zajmuje się usprawnianiem uprawy. Wynalazki to jego specjalność – śmieją się córki.

Dwa rzędy do jedzenia
Dominika i Joanna, dziś już dorosłe, do Sulisławic przyjeżdżają w odwiedziny, i tak jak kilkanaście lat temu pomagają rodzicom przy zbiorach. – Z roku na rok jest nas coraz więcej. Ku radości dziadkow, pomiędzy malinowymi krzaczkami biegają wnuczęta: Szymek, Alicja i Tymek, dzielnie zrywając owoce. Niedługo dołączy do nich Filip, który urodził się w sierpniu – mówi Dominika Kołodziejczyk.
Rodzinna uprawa malin to na początku nie było wielkie przedsięwzięcie. – Mama posadziła kilka krzewów na polu, dla nas, do jedzenia – wspomina córka.
– Gdy kończyłam liceum rodzice wymyślili, że będą sprzedawać maliny. Powiększyli uprawę, a nie zawsze wszystko udaje się sprzedać, dlatego mama od dawna robi też przetwory z malin.

Od killku lat, w ramach Rolniczego Handlu Detalicznego, sprzedajemy je na targu zdrowej żywności, ekologicznych jarmarkach, i na indywidalne zamówienie.

Malinowa uprawa państwa Grudniów przy ich domu w Sulisławicach wciąż jest bardzo niewielka – dzisiaj to raptem 20 arów, czyli 10 rzędów krzewów na dystansie, jaki Usain Bolt pokonałby w niespełna 10 sekund, oczywiście pod warunkiem, że po drodze nie podjadałby malin.

Malinowe mleko
– Maliny nie pytają, czy mogą dziś dojrzeć – Dominika wychyla się zza drzwi, z małym Filipem w chuście.
– Czasem pracy jest mnóstwo, ale podczas zbierania malin jest też sporo chwil na ważne rozmowy i wspominanie śmiesznych historii z dzieciństwa. Pierwszego dnia większość zbiorów trafia do naszych brzuchów.

W tym roku wszystko jest później. Pierwsze maliny – prawdopodobnie z powodu deszczowego czerwca i lipca – pojawiły się dopiero w połowie sierpnia. – Było tak, jak zapowiedziałam w maju: Filip przyszedł
na świat razem z pierwszymi malinami. On też urodził się dwa tygodnie po terminie i wygląda na to, że maliny na niego czekały – mówi Dominika i dodaje, że synek od urodzenia rośnie na „malinowym” mleku.
Mama od empatii
Płukanie malin, mycie i wyparzanie słoików. Parujący jeszcze garnek z rubinowym musem. Ręczne zakręcanie słoików, a na koniec: białe kapturki na zakrętki i wiązanie kokardek. – W robienie przetworów zaangażowana jest cała rodzina – podkreśla pani Teresa. – Dominika robi musy i konfitury, Ja glównie zajmuje sie sokami, mierzę, ważę, wyparzam sloiki, wlewam sok. Mąż często pomaga, obsługuje prasę do tłoczenia soku, pasteryzuje na końcu gotowe butelki. Etykietowanie to nie jest moje ulubione zajecie, w tym roku zajmował się tym zięć Dominik i córka Joasia. O nowościach i zmianach w asortymencie zawsze rozmawiamy wspólnie.

Joasia i Dominika nazywają panią Teresę „mistrzynią od rzeczy niemożliwych”, bo jest pracowita, zawsze umie znaleźć siły, niejedną noc zarwała przygotowując przetwory. – Mama zawsze motywuje nas do działania. Jest też naszą nauczycielką empatii. Bardzo serdeczną, kochaną osobą, do przytulania i do porozmawiania.
Malinowa zima
Rodzina Grudniów rozważa podjęcie starań o certyfikat uprawy ekologicznej. – Na pewno spełniamy wszystkie normy, jednak procedura oznacza dużą ilość roboty papierkowej, i niestety też sporo kosztuje. Wciąż się gryziemy, czy to nie są zbyt duże koszty, jak na tak małą uprawę jak nasza.
Do kiedy będą świeże maliny? Zwykle są do pierwszych przymrozków, które najczęściej przychodziły już w październiku, choć zdarzało się, że na moim torcie urodzinowym w listopadzie były świeże maliny. – Ale w tym roku wszystko jest później, więc może maliny będą jeszcze w grudniu? – zastanawia się Dominika. To byłaby radość dla ich Grudniowej malinowej rodziny. Ale smutno też nie będzie, bo na półkach domowej spiżarni stoją już słoiczki z malinową konfiturą w wersji z cukrem i z ksylitolem, stuprocentowymi sokami z malin i pysznym malinowym musem. Włóczykij zwykle w listopadzie odchodził z Doliny Muminków. Ale gdyby mieli tam takie malinowe rarytasy, to nigdzie by się nie wybierał.

Wszystkie zdjęcia w tekście pochodzą z archiwum rodziny Grudniów.